50 LAT TEMU W BIAŁYM JARZE

50 ROCZNICA TRAGEDII W BIAŁYM JARZE

50 LAT TEMU W BIAŁYM JARZE
© ARCHIWUM / RATOWNICTWO GÓRSKIE

50 LAT TEMU W BIAŁYM JARZE

Lawina 68 – Akcja ratunkowo-poszukiwawcza. (tak to pamiętam).

50 LAT TEMU W BIAŁYM JARZE

STAN OSOBOWY I MATERIALNY GRUPY SUDECKIEJ – ROK 1968.

Grupa Sudecka z siedzibą w Jeleniej Górze, (stacja centralna i biuro mieściły się w Domu Wycieczkowym PTTK), liczyła 75 ratowników ochotników oraz 11 ratowników sezonowych i zawodowych. Ratownicy pełnili dyżury w  6 stacjach ratunkowych umiejscowionych przede wszystkim w schroniskach górskich. W rejonie Karpacza, w sezonie zimowym 67/68 obsadzone były stacje ratunkowe na Kopie, w  schroniskach Strzecha Akademicka i Samotnia, gdzie nieustanny dyżur ochotniczo pełnił kierownik schroniska – Waldemar Siemaszko.

Nie było stacji centralnej – biuro Grupy czynne było do godz.15-ej.  Grupa posiadała telefon administracyjno-ratunkowy: 247—34. Stacje ratunkowe korzystały z telefonów schroniskowych. System powiadamiania o wypadkach w górach działał w układzie; z ust do ust-telefon-ratownik. Czasami korzystano z systemu żołnierz WOP-u – strażnica WOP-u – schronisko – ratownik. Oczywiście system był skuteczny ale “rozciągnięty” w czasie.

Wyposażenie  techniczno-ratunkowe Grupy stanowił samochód terenowy produkcji rumuńskiej “MUSCEL”- nieprzystosowany do transportu rannych, kilka toboganów drewnianych,  dwa tobogany produkcji austriackiej „Akia”, 6 pistoletów sygnalizacyjnych-rakietnic, pochodnie, sondy lawinowe szt. 20.

Ratownicy zawodowi i ochotnicy, w czasie dyżurów dysponowali apteczkami biodrowymi, wyposażonymi wg ówczesnych standardów. Wyposażenie osobiste ratowników zawodowych finansowano przez GOPR, ratownicy ochotnicy dysponowali sprzętem własnym uzależnionym od zasobności ratownika i panującej ówcześnie mody narciarskiej. Należy zaznaczyć, że w tym okresie nie było jeszcze stopni instruktorskich. Ratownicy dzielili się na kandydatów i ratowników. Alarmy Grupy odbywały się na zasadzie powiadamiania posiadacza telefonu, a ten najbliżej mieszkających kolegów. Takie trochę harcerstwo.

Generalnie Grupa była przygotowana do pełnienia dyżurów ratunkowych w górach i akcji poszukiwawczych.

Nie była natomiast przygotowana do działania w razie wielkich katastrof takich jak lawina 68.

Nie była przygotowana pod względem sprzętowym, a przede wszystkim organizacyjnym. Kierownictwo GOPR-u , i to centralne, i to regionalne, nie było przygotowane również do zarządzania i kierowania zasobami ludzkimi w razie katastrof masowych. Wiedza na temat lawin była znikoma i na szkoleniach traktowana po macoszemu.

Ratownictwo górskie, w tamtych latach, organizacyjnie podlegało PTTK i uzależnione było od panujących układów społeczno-politycznych. Ostrzeżenia przed lawinami w okresie zimowym  sygnalizowano przy pomocy tablic ustawianych  w miejscach ich schodzenia, szczególnie w rejonie Karpacza, gdzie zawsze notowano duży ruch narciarzy i pieszych. W  sezonie zimowym zamykano też szlaki turystyczne na których występowało realne zagrożenie lawinami. W okresie największych zagrożeń  lawinowych  zamieszczano komunikaty i ogłoszenia w dostępnych wtedy środkach masowego przekazu. Informowano telefonicznie Ośrodki  wczasowe we wszystkich miastach.  Podawano też komunikaty na dworcach PKP i PKS.

Ten dzień.

50 LAT TEMU W BIAŁYM JARZE
© ARCHIWUM / RATOWNICTWO GÓRSKIE

20 marca 1968. W myśl współczesnej teorii katastrof, pierwsza faza jej przebiegu nazywana  jest fazą izolacji albo fazą chaosu. Tak w tamtych latach, jak i dzisiaj, w czasie organizacji akcji ratunkowej chaosu uniknąć się nie da (tyle, że dzisiaj ten chaos jest mniejszy). Tym bardziej, że brakowało wówczas procedur i odpowiednich środków łączności.

W przypadku  omawianej lawiny chaos organizacyjny zwiększała liczba ofiar i ich narodowość – “zginęli towarzysze radzieccy”.

Sformułowanie  to z jednej strony otwierało wszelkie rodzaje pomocy, z drugiej  ograniczało, i w jakiś sposób paraliżowało działania ratowników górskich. GOPR jako organizacja pozarządowa nie miała żadnych uprawnień decyzyjnych, poza głosem doradczym. Czyli mogła działać na zasadach; ostrzega, pomaga, ratuje.

Wszelkie decyzje mogły być podejmowane tylko w systemie: partia – samorząd – podległe jednostki wykonawcze. Nie mogło być inaczej.

Ponieważ bano się jak ognia odpowiedzialności jednostkowej, w każdym przypadku  zdarzeń nadzwyczajnych powoływano KOMITET. Tak było i w tym przypadku. Powołany komitet  został umiejscowiony w znanym i modnym wtedy hotelu ‘”ORLINEK”. W skład komitetu wchodzili również ratownicy GOPR: Zbigniew Pawłowski, Ryszard Jaśko, Stanisław Kieżuń-naczelnik Grupy.

Komitet  działał pod presją polityczną: zginęli Niemcy i Rosjanie.

Komitet podejmował też wszystkie kluczowe decyzje takie jak; alarmowanie, polecenia  i rozkazy. Decyzje te w wielu przypadkach miały charakter priorytetowy. Należy tu podkreślić, że zrobiono wszystko, uruchomiono  ogromne środki finansowe, zaangażowano setki ludzi pracujących niezwykle ofiarnie na lawinisku i  jego zapleczu. Do ratowania udostępniono wszelkie możliwe środki, jakie w tamtym  czasie posiadano.

Lawina w Białym Jarze doczekała się wielu opracowań i publikacji.  Dopracowania, a może nawet badań naukowych, wymaga jeszcze ta pierwsza faza organizacyjna związana ściśle z podejmowanymi decyzjami. O pracach komitetu narosło wiele nieprawdziwych opinii wymagających na pewno sprostowania i uzupełnienia. Pracami komitetu kierował wg jednych – Stanisław Bialikiewicz, przewodniczący PKKFiT, wg innych – sekretarz propagandy Komitetu Powiatowego PZPR, Jerzy Mielczarek.

Prace na lawinisku.

Po pierwszym, niezwykle ofiarnym dniu, pełnym chaosu, ofiarności i poświęcenia, znaleziono 10 osób. Praca w kolejnych dniach na lawinisku została ustabilizowana. Z fazy  ratunkowej, wg dzisiejszych standardów, przeszła w fazę poszukiwawczą.

Wiadomo było, że w potężnym lawinisku znajduje się jeszcze 9 osób

Ratowników naszej Grupy wspomagali  żołnierze OTK – Obrony Terytorialnej Kraju z Bolesławca w sile kompanii. Żołnierze byli dobrze wyposażeni w ekwipunek osobisty, łopaty i pracowali z ratownikami. Na zasadzie – ratownik z sondą, grupa żołnierzy z łopatami.

Prace polegały na przekopaniu lawiniska transzejami – rowami  dochodzącymi do głębokości w najgłębszym miejscu do 4 metrów.  Po wykopaniu rowu  szła w kolejności grupa ratowników  sondując  bardzo szczegółowo boki transzei. Metoda ta, choć jak się potem okazało, niezbyt bezpieczna i przez niektórych fachowców mocno krytykowana, okazała się bardzo skuteczna, i chyba w takich warunkach, i z takim sprzętem – jedyna.

50 LAT TEMU W BIAŁYM JARZE
© ARCHIWUM / RATOWNICTWO GÓRSKIE

Pisząc o pracach na lawinisku, wielu autorów niewiele mówi o samych ratownikach; jak byli wyposażeni, czym dysponowali.

Czy myśleliśmy wtedy o zagrożeniach?

A były one bardzo realne – gdyby zeszła np. lawina wtórna, pracujący w transzejach  ludzie na uratowanie się mieli małe szanse. Szczególnie pracujący  w środku lawiniska. Wprawdzie pod obrywem nawisu zainstalowano posterunek obserwacyjno-ostrzegawczy, ratownik z rakietnicą, ale była to raczej  forma psychicznego wsparcia niż  realnego zabezpieczenia. Nikt zresztą w czasie działań  o takim zagrożeniu nie myślał,  a większość po prostu z tych zagrożeń nie zdawała sobie sprawy.

Ekwipunek  osobisty ratowników, w warunkach pogodowych jakie panowały na lawinisku, w zasadzie zdawał egzamin. Problemem dla wielu były buty, które po prostu przemakały. Większość z nas pracowała w butach narciarskich, dość ładnych, ale niepraktycznych.  Po wielu godzinach pracy do zmroku,  w butach chlupało. Wysuszenie w ciągu nocy, w niedogrzanym schronisku, było problematyczne. Innym kłopotem były rękawice.  Te kilka dni akcji ratunkowej, czasowo to niewiele, ale w takiej atmosferze i warunkach, było  dla wielu kolegów sporym obciążeniem psychicznym.

Lawina była też dla nas, młodych wtedy ratowników, poligonem. Nie tylko ratowaliśmy, ale też jednocześnie uczyliśmy się np., sondowania. Okazało się, że gałęzie kosodrzewiny na sondę reagują podobnie jak ludzkie ciało. Stąd wiele pomyłek i niepotrzebnego kopania. Poza tym ówczesne sondy-cienkie stalowe pręty skręcane, działały skutecznie do dwóch metrów. Dłuższe, w twardym  śniegu przekłamywały.

Innym problemem były dosyć częste zmiany decyzji kierujących pracami na lawinisku. Szczególnie w momentach znalezienia ofiary, przede wszystkim  w dolnej części lawiniska. Po wydobyciu i włożeniu do toboganu, przy pomocy lin, tobogan wyciągany był do drogi. Operacja ta wymagała sporej liczby ratowników.

Zaskoczeniem dla nas była też działalność  funkcjonariusza MO, który przed  złożeniem ciała do toboganu dokładnie obszukiwał ofiarę zdejmując z niej  wszystkie precjoza. A tych na sobie ofiary lawiny miały sporo.

50 LAT TEMU W BIAŁYM JARZE
© ARCHIWUM / RATOWNICTWO GÓRSKIE

Przykry obowiązek wydobycia ofiary przypadał ratownikom.

Pracujący ofiarnie żołnierze, po dokopaniu się do pierwszych śladów krwi, zostawiali kopanie pozostawiając dalsze czynności ratownikom. Było to dla nas zrozumiałe, chociaż nie od razu. Pomoc wojska w działaniach na lawinisku była kluczowa. Żołnierze nie tylko pracowali realnie w poszukiwaniu ludzi, ale też dostarczyli namioty, zapewnili łączność.

50 LAT TEMU W BIAŁYM JARZE
By PAP – CAF – http://www.newsweek.pl/wiedza/historia/1968-wielki-snieg,5824,1,1.html, Domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=65011753

Wyjaśnić też należy sprawę niewybuchów. Niewybuch w terminologii wojskowej to pocisk, który po wystrzeleniu  nie eksploduje.  Autorów niektórych publikacji poniosła fantazja. Pisano, że wojsko z dział bezodrzutowych  przestało strzelać, żeby nie zniszczyć czeskiego schroniska. Niby którego?

Rzeczywistość była prozaiczna – strzelano z  moździerza celem odstrzelenia resztek wiszącego nawisu. Efektem była osmolona spora połać śniegu i trzy utopione w tym śniegu pociski – nie doszły do gruntu. Niewybuchy zostały zlikwidowane wiosną. Mimo ogromnego nakładu pracy, wysiłku wielu ludzi,  po bardzo dokładnym „przeczesaniu” lawiniska,  nie udało się wszystkich ciał wydobyć.

W ciągu czterech dni akcji ratunkowej wydobyto ciała 17 turystów. Pozostałe dwie osoby dopiero w kwietniu, kiedy stopniał śnieg. ( patrz wpisy: 44 lata temu w Białym Jarze, 45 lat temu w Białym Jarze)

Po lawinie.

Ta jedna z największych w tamtych czasach katastrof górskich, nie tylko w Polsce, ze zrozumiałych względów budziła spore emocje.

Emocje krytyczne i pochwalne. Te krytyczne dotyczyły głównie organizacji akcji ratunkowej i działania ratowników na lawinisku.  Tym bardziej, że w lawinie zginęli obcokrajowcy. Dzisiaj, po tylu latach wiadomo, że nie mogło być inaczej. Wszyscy działający wtedy w ratownictwie górskim uczyli się jego abecadła. Lawina była gorzką lekcją przyspieszonej edukacji.

Wykazała też, jak ogromne pokłady ludzkich możliwości  mogą być wyzwalane w razie zagrożeń nadzwyczajnych. Emocje te przeradzały się często w absurdalne pomysły, takie jak; zbudowanie tunelu w zboczu złotówki,  zapory przeciwlawinowej – takiej jak w Davos, kolejki linowej  nad Białym Jarem.

Decydenci obiecywali mega-doposażenie Grupy w sprzęt, szkolenia zagraniczne. Wszelką możliwą pomoc i jeszcze więcej. Im większy dygnitarz, tym więcej obiecywał. Efekty tych obiecanek zrealizowano w postaci kilku starych drewnianych toboganów, kilku par okularów przeciwsłonecznych i kilkunastu łopat do węgla. Jedna z tych łopat zachowała się do dzisiaj.

Grupa otrzymała skuter Vinha produkcji fińskiej, jako skuter testowy, zupełnie nienadający się do pracy w górach.  Owszem, coś ruszyło. Ale dopiero sześć lat po zejściu lawiny pojawił się w Grupie pierwszy pies lawinowy.

Tak naprawdę, służba lawinowa w Grupie zaczęła działać dynamicznie za naczelnikowania Jerzego Pokoja, który razem z Waldemarem Siemaszko i Andrzejem Brzezińskim odbyli pierwsze szkolenia w Davos i Monachium.  Zakupiono odpowiedni sprzęt. Wcześniej, Jerzy Pokój jako prezes Koła Przewodników w schronisku Samotnia, a potem w Karpaczu, założył Szkołę Górską, gdzie wszyscy szkolący się przewodnicy przechodzili intensywne szkolenie lawinowe. Utworzono świetnie wyposażoną „grupę szybkiego reagowania’”. Ruszyła profilaktyka.

Organizacja służby lawinowej, wyposażenie i wyszkolenie dzisiaj, w porównaniu do 1968 roku, jest na niebotycznym poziomie.

Pozostaje  zagrożenie lawinami – od wieków takie samo. W Karkonoszach lawiny nie zagrażają bezpośrednio  miejscowościom, osiedlom czy poszczególnym budynkom. Lawiny zagrażają ludziom tylko wtedy, kiedy ci z własnej woli znajdą się w ich zasięgu. Żeby tych zagrożeń uniknąć,  potrzebna jest edukacja, edukacja, edukacja…

Marian Sajnog – udział w akcji lawinowej w czasie 20 – 23 marca 1968.

Marian Sajnog
O Marian Sajnog 201 artykułów
Marian Sajnog - w latach 1973 - 1975 Naczelnik Grupy Sudeckiej GOPR