AKCJA NA ZWIERÓWCE – 70 ROCZNICA WYPRAWY

AKCJA NA ZWIERÓWCE - 70 ROCZNICA WYPRAWY
© Okolicznościowa odznaka ze zbiorów Józefa Uznańskiego / RATOWNICTWO GÓRSKIE
Panu Kamilowi Uznańskiemu dziękujemy za udostępnione zdjęcie

AKCJA NA ZWIERÓWCE – 70 ROCZNICA WYPRAWY PO PARTYZANTÓW

AKCJA NA ZWIERÓWCE – 70 ROCZNICA WYPRAWY PO PARTYZANTÓW

10 lutego 1945 roku, w dwunastym dniu po wyzwoleniu Podtatrza, zjawił się w Zakopanem człowiek, na którego z zaciekawieniem zerkali ludzie: w strzępach ubrania narzuconego na gołe ciało, zarośnięty, z rozczochranymi włosami, prawie bosy, z automatem przerzuconym przez plecy. Był to sanitariusz (lub lekarz) partyzanckiego oddziału, Juraj Bernat. Człowiek ten przez 70 godzin przedzie­rał się przez pokryte grubym śniegiem Tatry, aby dotrzeć do zakopiańskich ratowników, widząc w nich jedyny ratunek dla swych ciężko rannych kolegów ukrytych w górach, pozbawionych lekarstw, żywności, narażonych na wy­krycie przez niemieckie patrole.
Jeszcze tego samego dnia, w punkcie zbornym stawiło się 14 ratowników ta­trzańskich: Zbigniew Korosadowicz jako kierownik wyprawy, Jan Ceberniak, Józef Faden, Stanisław Gąsienica Byrcyn, Jan Gąsienica Tom­ków, Władysław Gąsienica, Stanisław Majer­czyk, Stanisław Marusarz II, Marian Woyna-Orlewicz, Marian Szeligiewicz, Wojciech, Jakub i Stanisław Wawrytkowie oraz Szymon Zarycki.

Dnia 11 lutego, o godzinie 5 rano wyruszyła ekipa ratunkowa w rejon Tatr, gdzie trwały jeszcze walki z Niemcami.

W zachowanej “Kronice TOPR-u” Zbigniew Korosadowicz opisał zwięźle przebieg akcji:

“Wraz z lekarzem partyzanckim Jurajem Bernatem, który miał nam służyć za przewodnika, udaliśmy się sankami do Doliny Chocho­łowskiej. Po dotarciu do Polany Chochołowskiej – tu spotkaliśmy pierwsze patrole partyzanckie – dalszą drogę odbyliśmy na nartach lub pieszo. Ponad Litworowym Zlebem podążaliśmy ku grani Długiego Upłazu, który przekroczywszy w Łuczniańskiej Przełączce, zeszliśmy do Doliny Łatanej. Jej dnem, a później zbo­czami Szyndlowca, w poprzek ujścia Doliny Ro­hackiej i dalej uboczami leśnymi – postępując wydeptaną przez patrole partyzanckie ścieżyną, wśród bardzo ciężkich warunków terenowych – osiągnęliśmy już nocą maleńką chatkę myśliw­ską, w której znajdowali się ranni partyzanci…”. 

Owa chatka – właściwie szałas o powierz­chni 15 m kw. z malutkim okienkiem i piecykiem z cegieł – stała w gęstym świerkowym lesie na stokach Salatyńskiego Wierchu, w dolinie którego znajdowała się niewielka osada-schronisko Zwierówka, opanowana przez Niemców. Szałas z rannymi pozostał więc za liniami niemieckimi o jakieś 500 metrów w głąb. Zmieniało to zasadniczo na niekorzyść sytuację, tym bardziej, że Zwierówkę obsadziły silne oddziały bawarskich strzelców górskich, którzy na złączu Doliny Łatanej i Rohackiej utworzyli pozycję kluczową, zamykającą dostęp do dolnej części Doliny Zuberskiej.

Ratownicy szczęśliwie dotarli do celu. Ranni byli jednak w takim stanie, iż nawet nie potrafili wyrazić radości z nadejścia pomocy.

Szef wyprawy z ratownikami gorączkowo zastanawiali się, jak przeprawić się do Zakopanego z rannymi i dwiema osłabionymi sanitariuszkami. Był to nie lada dylemat – nie było bowiem mowy, aby powracać spod szałasu tą samą drogą. Kierownik akcji ratunkowej zdecydował się ostatecznie na trasę bardzo niebezpieczną, lecz właściwie jedyną, jaka umożliwiała transport chorych. Zaryzykowano mianowicie przemarsz szlakiem niemal równoległym do linii niemieckiej obrony ckm-ów.
Ekipa wyruszyła o godzinie trzeciej nad ranem.
“Z chatki spuściliśmy się wprost ku dnie doliny, po czym tuż ponad nim, przemykając się w odległości około 150 metrów od placówek niemieckich, podążono ku wylotowi Doliny Łatanej”. 
Jedno zdanie suchej relacji, a ileż godzin niebywałego wysiłku, napięcia nerwów, zagrożenia. Wszyscy ci ludzie mogli zostać w kilka minut zabici przez Niemców. Towarzyszyło im jednak szczęście.

Uczestnik wydarzeń, Juraj Bernat wspominał po latach:

“Ranni byli mocno przywiązani do zaimprowizowanych sań (tobogany). Miejscami głęboki śnieg obsuwał się często, trzeba było rannych niemal przeciągać pod śniegiem. Osłabione dziewczęta kilka razy ugrzęzły w śniegu, trzeba je było wyciągać i nieść na rękach. Obuwia nikt nie miał. Wszyscy mieli nogi poobwiązywane szmatami ( … ). Do naszych sań przywiązaliśmy ośmiometrowe liny. Taternicy szli przodem, czołgali się na czworakach, obrąbywali czekanami lód ( … ). Ja, to zasypiałem w marszu, to znowu chwytał mnie niepokój, czy aby któryś nie odmrozi ponownie nóg. Szedłem wzdłuż kolumny i błagałem, żeby uważali na nogi ( … )”.
Czy Niemcy dostrzegli tajemniczą grupę, trudno orzec. Gdyby tak było, kilka serii z ckm-ów mogło położyć kres życiu ratowników i partyzantów.
Sądząc jednak, że mają przed sobą tylko partyzancką szpicę, za którą nadejdzie większa grupa – zgodnie z taktyką walki w takich sytuacjach – nie strzelali, aby nie zdradzić swych stanowisk ogniowych. Można sobie wyobrazić w jakim napięciu maszerowali ratownicy z rannymi. Odetchnęli dopiero wtedy, gdy znaleźli się poza zasięgiem wroga.
“Na grani Długiego Upłazu – wspominał Stanisław Marusarz, syn Jędrzeja – wiedzieliśmy, że sprawa jest wygrana: że tę noc spędzimy spokojnie w chałupach, a ranni partyzanci otrzymają troskliwą opiekę w szpitalu. Smierć, wojna, Niemcy – wszystko to pozostało po tamtej stronie grani”. 

Po 35 godzinach akcji, 12 lutego, wyprawa stanęła u wylotu Doliny Chochołowskiej.

Tu już czekały na rannych sanie. Przewieziono ich (Rosjan: Maksyma Olejnikowa, Tichona Lediakowa, Dymitra Borodego i Polaka Jana Repiszczaka) wraz z dwiema sanitariuszkami i dwoma partyzantami z ochrony oraz wyczerpanym, lecz do końca dzielnym, Jurajem Bernatem do zakopiańskiego szpitala. Przed jego bramą Bernat w imieniu rannych – którzy byli w takim stanie, że nie mogli nawet ust otworzyć – podziękował ratownikom za ich szlachetną postawę … po czym poszedł spać i spał bez mała dwie doby. Po bohatersko spełnionym obowiązku przez tatrzańskich ratowników, kierownik wyprawy Zbigniew Korosadowicz, mógł spokojnie wpisać swój raport do “Kroniki”, kończąc go słowami:
“Wszyscy ratownicy dali z siebie maksimum sił i energii – cała ekspedycja obfitowała w niezwykle dramatyczne momenty, była ogromnie ciężka i wyczerpująca. 

Była to niewątpliwie najtrudniejsza i najbardziej niebezpieczna wyprawa, jakiej kiedykolwiek Pogotowie dokonało.

Na podstawie materiałów z prywatnej biblioteki:
Anna Kokesch ” Antenka”

Anna Kokesch - Antenka
O Anna Kokesch - Antenka 383 artykuły
Anna Kokesch - w latach 1972-1974 kierownik administracji Zarządu GOPR